Mój profil
Zaktywowani
Drużyny
Dyscypliny
SportStrefy
Singiel vs Singielka
Trenerzy
Talenty/Sponsoring
Wyszukiwarka
Wydarzenie - impreza sportowa
Dyscyplina:
Województwo:
Miejscowość:
Ilość imprez na stronie:
img
Wyprawa na Pik Lenina
Dyscyplina: Turystyka górska
Województwo: Cała Polska
Miejscowość: Kirgistan
Galeria:
  • img
  • img
  • img
  • img
  • img
  • img
  • img
  • img
  • img
  • img

Opis:

Każda wyprawa zaczyna się na długo przed tym, zanim człowiek znajdzie się u stóp góry i po raz pierwszy z zachwytem, lekkim niedowierzaniem i ogromnym zapałem na Nią spogląda. Tak było i w tym przypadku, można śmiało rzec, że nasza wyprawa na Pik Lenina rozpoczęła się latem 2010, gdy w doskonałej formie zdobyliśmy dwa kaukaskie pięciotysięczniki: Kazbek (5047m n.p.m) oraz Elbrus (5642 m n.p.m). Ośmieleni niewątpliwym sukcesem, postanowiliśmy za rok sięgnąć wyżej, dlatego, jak wielu przed nami, naturalną koleją rzeczy wybraliśmy „najłatwiejszy siedmiotysięcznik” – Pik Lenina (właściwie Pik Awicenny – nomenklatura gór byłego Związku Radzieckiego charakteryzuje się zmiennością, być może za kilka lat ktoś nada górze inne, nowe, imię. W tym przypadku, nie zważając na biurokrację, nazwa Pik Lenina znalazła swoje stałe miejsce w żargonie wspinaczy).

 

    W styczniu zajęliśmy się przygotowaniem wyjazdu od strony organizacyjnej – przede wszystkim ustaliliśmy datę wyjazdu (nasza grupa składa się z jedenastu osób, więc nie odbyło się to bez negocjacji), następnie wybraliśmy najdogodniejsze połączenia lotnicze (pierwsza grupa przez Stambuł, druga przez Moskwę). Wreszcie nadszedł czas wyboru agencji, która pomoże nam „odnaleźć się” na miejscu. Spośród kilku agencji (Pamir Travel, Central Asia, Tienshan...) wybraliśmy Fortune Tour. Z perspektywy czasu można śmiało powiedzieć, że wybór nie był do końca fortunny, jednak podobno zawsze należy zapłacić „frycowe.”

 

    W ramach przygotowań w kwietniu postanowiliśmy wyruszyć ponownie do Rosji, aby się zaaklimatyzować, zdobywając po raz kolejny Elbrus – znaliśmy górę, wiedzieliśmy co, gdzie i jak, tak więc nic nie mogło nas zaskoczyć. Nie w tym kraju!!! Niedane nam było nawet znaleźć się u stóp góry. 50 kilometrów przed Terskołem zostaliśmy zatrzymani przez oddział wojska, który po prostu nie przepuścił nas przez barykadę. Śpieszę z informacją, że kilka dni przed wyjazdem dzwoniliśmy do ambasady oraz kilku rosyjskich konsulatów i zostaliśmy zapewnieni, że rejon Elbrusa jest dostępny dla turystów. Przysłowie, że prawica i lewica niewiele wiedzą o swoich poczynaniach, znów się sprawdziło!


    „Tylko my, optymiści trzymamy wciąż na góry kurs…” – parafraza znanej polskiej piosenki może być mottem naszych dalszych działań. Niezrażeni trudnościami, po wielu perypetiach, niezliczonych godzinach spędzonych w Dombaju i wciąż zmienianych pociągach, dotarliśmy do przepięknego zakątku na Ukrainie – pasma Czarnej Hory. Tam aklimatyzowaliśmy się na dzikich szlakach... Tylko my, góry i te niesamowite przestrzenie, które sprawiają, że człowiek oddycha tak, jakby brakowało mu tchu (z zachwytu? Z powodu rozrzedzonego powietrza?). Rekord wysokości Howerla (2061mnpm).

 

     „Zaaklimatyzowani,” po miesiącach oczekiwania i przygotowań, znaleźliśmy się na warszawskim lotnisku, gdzie jak zwykle nastąpiło przepakowywanie bagaży po to, aby zmieścić się w wyśrubowanym limicie kilogramów. Swoją drogą, zawsze zaskakujące jest to, ile rzeczy człowiek jest w stanie zapakować do plecaka i zawsze zastanawia, co tyle waży, skoro tam nic nie ma....
 
   Po przylocie do Biszkeku czekała nas niespodzianka – stanie w trzygodzinnej kolejce w oczekiwaniu na wydanie wizy – wszystko miało być załatwione przez agencję. Zaciskając zęby, złorzecząc właścicielce, która nas wpuściła w maliny, walczyliśmy, używając bioder i łokci o swoje miejsce w międzynarodowym tłumie. Prym wiedli Latynosi, szybko jednak poznaliśmy reguły tej gry, zawarliśmy sojusz z grupą innych Polaków i twardo walczyliśmy o swoje. Po trzech godzinach wydostaliśmy się z lotniska z tarczą, czyli pieczątką w paszporcie.


    Przed lotniskiem czekał na nas kierowca, Szurik, który miał nas zawieźć do Osz. W lokalnym sklepie zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy w dziesięciogodzinną podróż przez góry TienSzan (Niebiańskie Góry). Droga prowadziła przez przełęcze, malowniczy krajobraz zachwycał! Zaniepokoił nas jednak stan naszego kierowcy, który wyraźnie usypiał... Nie chcieliśmy w żadnym wypadku go urazić, dla własnego bezpieczeństwa bardzo delikatnie zaproponowaliśmy, aby Janek przejął stery. Szurik z wyraźną ulgą przyjął naszą propozycję – dzięki temu wieczorem cali i zdrowi dotarliśmy do Osz, gdzie czekali na nas przedstawiciele agencji, dali nam border permity, zapłaciliśmy za rejestrację (w internecie pojawiają się informacje, że nie jest konieczna, jednak policjant twierdził, że musimy mieć wbitą pieczątkę w paszporcie – podobno z władzą się nie dyskutuje...) oraz dokonaliśmy reszty opłat (transport, coś tam).

 

    Rankiem zrobiliśmy zakupy na największym bazarze Azji Centralnej i w supermarketach. Wszystkie produkty można dostać na miejscu, z Polski wzięliśmy jedynie kilka liofilizatów. Za wyżywienie dla dwóch osób na 2 tygodnie zapłaciliśmy około 200 zł. Podróż do bazy po wertepach i budowanej przez Chińczyków autostradzie trwała dobre sześć godzin. W końcu dotarliśmy do celu naszej podróży! Wypakowaliśmy rzeczy przed jurtą i szukaliśmy wzrokiem Lenina – był za chmurami. Ainura – właścicielka agencji przyprowadziła do nas tragarzy, którzy oferowali pomoc w wyniesieniu (a właściwie w wywiezieniu) plecaków (1,5 EUR/kg) do obozu pierwszego. Bez mrugnięcia okiem skorzystaliśmy z tej oferty, ponieważ nierealnym byłoby wniesienie plecaków na raz (produkty żywnościowe oraz gaz nie miały szans zmieścić się w plecaku). Zakup gazu zleciliśmy przed wyjazdem Ainurze (zakup gazu w sklepie w Biszkeku jest niemożliwy – turyści odkupywali go od nas), więc mimo horrendalnej ceny 7 EUR/220ml zakupiliśmy po 7 kartuszy (brak doświadczenia dał się we znaki – we dwójkę przez dwa tygodnie akcji górskiej zużyliśmy 6 kartuszy). Po przepakowaniu plecaków, zadowoleni z faktu, iż zbliżamy się do śniegu, włożyliśmy na siebie ciepłe wdzianka i spędziliśmy w zacisznej jurcie, przy świetle czołówek, noc, wypełnioną śpiewami, wspomnieniami, planami. Przyjmowane płyny zmuszały nas do opuszczania namiotu i wtedy oczom naszym ukazywał się, tak bliski każdemu włóczędze, widok rozgwieżdżonego nieba, które można niemal dotknąć, gdzieś w oddali rysowały się kontury naszej góry, a wszystko wypełniała, tak droga naszym uszom, cisza i nieziemski spokój.

 

    Rankiem wyruszyliśmy! Towarzyszył nam Ałmas – 27-letni Kirgiz, który kilka lat temu wygrał zawody na Leninie (z obozu I wszedł w niecałe 4 godziny na szczyt). Droga do obozu pierwszego wiedzie przez ogromną łąkę, na której rośnie cebula (Polana Ługowa) i na której żyją świstaki – jest ich mnóstwo i stanowią nie lada atrakcję! Następnie wspinamy się na morenę – nagie skały nie straszą, lecz fascynują – podobnie jak widok koni i osłów poruszających się z niezwykłą gracją po wąskich, stromych ścieżkach. Tuż przed przełęczą Podróżników nasze plecaki, Monię i Janka przejmują inni tragarze (10$ za plecak, a Monia i Janek gratis). Wydawać się może, że skoro jesteśmy już na przełęczy, jedynka musi być tuż-tuż (ciut, ciut) - nic bardziej mylnego! W palącym słońcu pokonujemy kolejne kilometry, zmęczenie i wysokość dają o sobie znać, jednak kontakt z górami rekompensuje wszelkie niedogodności. Po ośmiu godzinach docieramy do jedynki, gdzie aplikujemy się do dużego, agencyjnego namiotu. Następnego dnia odpoczywamy, czyli nie robimy nic, poza jedzeniem, piciem i graniem w karty. Niektórzy odczuwają ból głowy, brak apetytu – jednak generalnie jest dobrze, dlatego nazajutrz decydujemy się na wyjście aklimatyzacyjne. Lenin stoi dumnie i sam sobie musi odpowiedzieć na pytanie – wpuści nas czy nie wpuści?

 

    Czas na przejście do dwójki – z Grzechem i Jankiem postanawiamy przenieść się do obozu drugiego na stałe, Monia i Michał idą z zamiarem powrotu do jedynki. Ałmas zabiera nam jeden plecak, do którego wspólnie pakujemy najcięższe rzeczy (około 25 kg - 60 EUR). Planujemy wyjście o świcie, o 5 rano z Grzechem wkładamy uprzęże, wiążemy się liną i wyruszamy – nad nami rozgwieżdżone niebo i księżyc oświetlający drogę. Po jakimś czasie dogania i przegania nas Ałmas ( jego raki to naciągnięte na podeszwy butów skarpety). Pogoda jest beznadziejna – wszędzie mgła, pada śnieg i wieje. Mozolnie pokonujemy kolejne podejścia, wymieniając się w prowadzeniu. Szczeliny, przez które dzień wcześniej przeskakiwaliśmy, rankiem są zaledwie rysami. Najstromsze podejście zabezpieczone jest poręczówką, która ułatwia wspinaczkę. Nic nie widać, idziemy po wydeptanych śladach, zastanawiając się, czy nie minęliśmy dwójki. Spotykamy Ałmasa – wraca już na dół. Powoli tracę wiarę w to, że kiedykolwiek dotrzemy. Na szczęście po chwili rozjaśnia się i nad sobą, na skalnej grzędzie widzimy obóz – nie dodaje to skrzydeł, odrobinę popycha naprzód. Po ośmiu godzinach marszu docieramy na miejsce. Rozbijamy namiot, gotujemy wodę i odpoczywamy. Pięć godzin później do namiotu przychodzi Janek – nie ma śpiwora ani karimaty, bo niesie je Monika, która jest gdzieś z tyłu. Ścieśniamy się w namiocie i czekamy na resztę. Po kilku godzinach zaniepokojeni włączamy radio i słyszymy, że Monika i Michał nie wrócili do jedynki (tego dnia druga część naszej grupy dotarła do jedynki). Podejmujemy decyzję, że jeszcze poczekamy i jeżeli do godziny nie pojawią się w jedynce wyruszymy z Grzechem sprawdzić, czy nic się im nie stało. Na szczęście po jakimś czasie słyszymy głos Moniki. Musimy zejść po Michała - gdzieś po drodze rozbił swój namiot (będąc bez śpiwora, karimaty i palnika) i chce przeczekać noc (z dołu dochodzą informację, że w nocy ma być porywisty wiatr, a temperatura spadnie do -30 C). Ubieramy się z Grzechem i idziemy po Michała – po dwóch godzinach jesteśmy z powrotem. Organizujemy ubrania i śpiwór, tak by mogli przetrwać noc. Rankiem Monia i Michał w towarzystwie Rosjan schodzą na dół (Michał zalicza szczelinę, z której pomagają mu wyjść).

 

    W czasie następnych dni rozpoczyna się ruch członków naszej wyprawy. Do dwójki dociera druga grupa (Ola, Draku, Mefisto, Juras, Tomek i Adam). Monia i Michał po przerwie wracają do dwójki, a Ola z Jurasem schodzą na dół nabrać sił. Postanawiamy iść zaaklimatyzować się do trójki. Wyruszamy w piątkę (Grzechu, Draku, Mefisto, Janek i ja). Chłopaki „pędzą,” a dla mnie każdy krok jest walką z samą sobą. Psycha siada, fizyczne też jest ciężko. Przejście z dwójki do trójki można podzielić na 3 etapy – pierwszy to wyjście na grań – dla mnie najcięższe i bardzo uciążliwe - zajmuje godzinę, następnie droga prowadzi siodłem, więc idzie się spokojnie, na deser podejście „pionową” ścianą – taki Nosal na 5500 m n.m.p... Po pokonaniu pierwszego etapu zablokowałam się całkowicie – bezdech i panika. Milion myśli na sekundę – czy to granice możliwości ciała wyznaczone przez astmę, przez organizm? PANIKA. Grzechu, widząc, co się dzieje, sprowadza mnie do dwójki. Rozkładanie problemu na czynniki pierwsze i łkanie w zrobioną z ubrań poduszkę... Draku i Mefisto wracają z trójki. Następnego dnia postanawiam raz jeszcze spróbować wyjść. Wychodzę godzinę przed Grzechem i czuję się tak, jakbym miała zdawać najtrudniejszy egzamin w życiu. Bez problemów przechodzę pierwszy etap, drugi, zachwycona rezultatem, w promieniach słonecznych czekam w połowie trójki na Grzecha. Udało się! Wchodzimy na Pik Razdielna, a dla mnie to jak wejście na Everest! Nazajutrz rest, a duet Draku-Mefisto przenosi się do trójki. Do dwójki przychodzą Ukraińcy – jednego z nich następnego dnia zwożą na karimacie w dół – nie obudził sie rano, drugiego, słaniającego się, sprowadzają. Wyruszamy z Grzechem do trójki.


    Trasa już znana, plecak ciąży niemiłosiernie!!! Co ja tam nabrałam?! Powoli zdobywamy wysokość, myśląc o Draku, Mefiście i Moni, którzy atakują szczyt. Po dojściu do trójki dowiadujemy się, że Monia zrezygnowała, a chłopaki walczą. Wieczorem przychodzą – gratulujemy im serdecznie, na szczycie zostawili dla nas niespodziankę.

    Przez cztery godziny gotujemy wodę – w małym namiocie szturmowym jest to pewnego rodzaju wyczyn! Palnik co jakiś czas gaśnie, namiot musi być otwarty, abyśmy nie potruli się spalanym gazem, gołą ręką trzeba dokładać śniegu do czajnika – czynności powtarzają się niczym mantra. Gdy wszystkie naczynia i nasze pęcherze są pełne zaczynamy przygotowania do spania – wcześniej jednak przymusowe wyjście z ciepłego barłogu (próżno mówić o lepszej sytuacji panów w czasie oddawania moczu...) Jesteśmy tak zmęczeni, że zasypiamy od razu, po chwili (czyli ośmiu godzinach) budzi nas ruch przygotowujących się do wyjścia. Czekamy, wnętrze namiotu pokryte jest szronem, który spada na nas i sprawia, że wszystko jest mokre. W końcu podejmujemy męską decyzję – wstajemy, zbieramy się i wyruszamy. Tego dnia osiągnęłam maksymalny poziom braku chęci – być może ze zmęczenia, ze zbyt długiego czasu spędzonego na ponad 5500m n.p.m.. O ósmej wyruszamy na szczyt i od początku wiem, że nie jest dobrze. Zimno, przeraźliwie zimno w palce u nóg i rąk. Schodzimy na siodło pomiędzy Razdielną, a granią Lenina. Cały czas mam nadzieję, że zaraz mi się zachce, że ruch rozgrzeje kończyny, ale nic takiego się nie dzieje. W pewnym momencie zrezygnowana spoglądam w prawą stronę – oczom mym ukazuje się widok, którego nigdy nie zapomnę – morze, morze gór – Tadżykistan. Rozmawiamy z Grzechem, jego buty są również zamrożone i chęci na kontynuowanie ataku – brak, wracamy więc do namiotu i postanawiamy przeczekać do rana – być może wrócą chęci. W namiocie przez godzinę Grzechu rozmasowuje mi palce u rąk, ból jest tak silny, że nie umiem pohamować łez.

 

    Następnego dnia pogoda jest  idealna, my jednak schodzimy na dół, a Michał i Abdullach (Adam) atakują. Schodzimy z lekkością, zadowoleniem mijamy członków naszej ekipy, którzy kierują się w stronę trójki. W dwójce, jak zwykle rejwach, najfajniejsze jest obserwowanie starych znajomych, którzy spotykają się po raz kolejny na górskim szlaku. Bez żalu opuszczamy to miejsce. Droga do jedynki jest również bardzo przyjemna, niezwykle cieszy nas fakt, że pogoda jest świetna i chłopaki na pewno wejdą na szczyt.

    W jedynce – niczym w niedzielę w supermarkecie jest mnóstwo ludzi. Rozkładamy namiot i rzeczy do suszenia, raczymy się wybornymi jajkami sadzonymi z warzywami przygotowanymi przez Ułana i pijemy wyborne piwo, które smakuje jak nigdy wcześniej. Przez radio dowiadujemy się, że chłopaki zawrócili (weszli na wysokość około 6800m n.p.m.). Obawiali się, że nie zdążą wrócić przed zmrokiem, poza tym wysokość dała im się we znaki i nie czuli się do końca dobrze.


    Następnego dnia razem z Monią, Drakiem i Mefistem wracamy do bazy. Plecaki wrzucamy na konia (cena 1$/kg – Ułan tak zważył plecaki, że wszystkie ważyły 15kg). Całodzienna wędrówka bez plecaka jest bardzo odprężająca, mimo że nogi bolą okropnie. Po paru godzinach spokojnego marszu docieramy do bazy, gdzie dowiadujemy się, iż możemy wracać do Osz natychmiast, lub za trzy dni - bez wahania wybieramy pierwszą opcję. Przed odjazdem rozliczamy się z właścicielką agencji, która nieźle sobie na nas zarobiła i wyruszamy w kilkugodzinną podróż. Późną nocą jesteśmy w mieście, gdzie okazuje się, że nie ma miejsc w hotelu. W 30 stopniowym upale (słowo to zazwyczaj określa wysoką temperaturę w dzień, jednak tej nocy na prawdę upał był odczuwalny) ubrani w primalofty, goretexy, polary (nikt po dwóch tygodniach przebywania w górach i praktycznie całkowitym braku higieny nie miał odwagi i śmiałości rozebrać się w busie) docieramy do hotelu. Miejsca są – wody nie ma... Dopiero następnego dnia udaje nam się umyć – był to jeden z moich najprzyjemniejszych kontaktów z wodą.


    Kolejne dni spędzamy poznając lokalny folklor i czekając na resztę ekipy, która z powodów złych warunków atmosferycznych zakończyła akcję górską . Spotykamy się wszyscy nad jeziorem Issyk Kul, gdzie w krzakach, 100 metrów od jeziora rozbijamy na dziko naszą wioskę Mefista. W naszej wiosce nie ma drzew, więc już po pierwszym dniu nikt z mieszkańców nie jest w stanie spać na plecach. Po kilku dniach nasza skóra przypomina złuszczającą się skórę węża... Dni płyną nam na robieniu zakupów (najbliższy sklep położony jest 5 km od wioski), biciu rekordów w podbijaniu piłki w wodzie, graniu w kalambury, ogniskach, wodzie ognistej itd.
    Ostatnie dni spędzamy w Biszkeku w uroczym hostelu do którego nas już w życiu właścicielka świadomie nie wpuści, ale to już całkiem osobna historia...

 

    Podsumowując nasz kolejny kamolowy wyjazd należy zaliczyć go do udanych, mimo że na szczycie stanęły tylko dwa kamyki (Damian Draku Ceglarz i Dominik Mefisto Micur). Wyprawa to nie tylko zdobycie szczytu, to coś znacznie więcej – możliwości przebywania w swoim towarzystwie, odkrywania kolejnych zakątków1) świata, sprawdzenia siebie, kontaktu z górami. Wróciliśmy w tym samym składzie, w którym wyjechaliśmy – niechaj każda wyprawa ma takie zakończenie! A w głowach kolejne plany i pomysły, przed nami miesiące oczekiwań...

 

Kirgiskie know-how

DOJAZD:

Najwygodniejsza i najszybsza to wersja samolotowa – cena biletu zakupiona pół roku przed wylotem to około 1600-1700zł (Turkish Airlines oraz Aeroflot). Istnieje możliwość przejazdem pociągami (Warszawa-Moskwa-Biszkek). Ta opcja jest droższa (do ceny biletu należy doliczyć ceny białoruskich, rosyjskich i kazachskich wiz tranzytowych), a przejazd trwa około 5-7 dni.

 

WYMAGANE DOKUMENTY:

WIZA: bez problemu można ją dostać na lotnisku w Biszkeku. Należy wypełnić formularz i uiścić opłatę – 50 EUR, lub 70$. OVIR: na wielu stronach spotykaliśmy się z informacją, iż nie jest on wymagany, jednak nasza agencja i policjant przekonywali, że jest to konieczne. Zapłaciliśmy 40 EUR

 

BORDER PERMIT: czyli pozwolenie na przebywanie w strefie przygranicznej - 40 EUR

 

TRANSPORT: oto ceny agencyjne: BISHKEK-OSH 40 EUR OSH- BASE CAMP 40 EUR, BASE CAMP- OSH 40 EUR Generalnie transport można załatwić o wiele taniej i tak transport z Osz nad Issyk Kul wyniósł nas 1400 som – 23 EUR Agencje wymagają korzystania z pełnego pakietu usług nawet, gdy chcemy tylko załatwić przez nie pozwolenie. Zapłaciliśmy 60-75 EUR za trzy noclegi i trzydniowe wyżywienie w jedynce. Podobno agencja Tien-Shan nie wymaga tego i bez problemu załatwia border permit.

 

Autor:

Dorota Konwińska

 

Fotografie:
Dorota Konwińska
Michał Czerwiński
Dominik Micor
Damian Ceglarz

 

http://www.kamol.pl/

Komentarze (0)
O portalu  •  Pomoc  •  Regulamin  •  Polityka prywatności  •  Reklama  •  Zorganizuj konkurs  •  Kontakt
2011 Copyright by Zaktywowani.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone